Bezdomność w liczbach: dlaczego państwo nie wie, ilu ludzi nie ma dachu nad głową — i co miałby zmienić pełnomocnik rządu

Ostatnie ogólnopolskie liczenie wykazało 31 985 osób w kryzysie bezdomności, ale to wynik z góry zaniżony — państwo mierzy zjawisko raz na dwa lata jedną migawką i prowadzi szesnaście osobnych rejestrów zamiast jednego. System pomocy kończy się najczęściej na schronieniu na noc. Razem chce powołać pełnomocnika rządu ds. zakończenia bezdomności i zbudować sieć publicznych placówek gwarantujących natychmiastowe schronienie i kompleksową pomoc — z placówką jako punktem wejścia, nie celem, bo celem pozostaje stałe mieszkanie.

Pusta miejska ławka w parku — godny obraz przestrzeni publicznej i schronienia, wokół których toczy się kryzys bezdomności.

Państwo nie wie, ilu ludzi w Polsce nie ma dachu nad głową. Ostatnie ogólnopolskie liczenie z marca 2026 r. wskazało 31 985 osób w kryzysie bezdomności, ale sama konstrukcja badania — policzenie w kilka dni tych, których służby zdołały odnaleźć i rozpoznać — z góry zaniża wynik, bo pomija bezdomność ukrytą i tych, do których liczący nie dotarli. Na tej niepewnej liczbie opiera się system, który sprowadza pomoc głównie do schronienia na jedną noc i rzadko prowadzi dalej, ku samodzielności. Partia Razem chce tę logikę odwrócić: powołać pełnomocnika rządu do spraw zakończenia bezdomności i zbudować sieć publicznych placówek gwarantujących natychmiastowe schronienie oraz kompleksową pomoc. Placówka ma być w tym układzie punktem wejścia, a nie celem samym w sobie, bo docelowym rozwiązaniem pozostaje stałe mieszkanie, zgodnie z zasadą „najpierw mieszkanie".

Liczba, której państwo nie zna dokładnie

Ogólnopolskie badanie liczby osób bezdomnych prowadzi resort rodziny metodą jednej migawki: liczy się osoby przebywające tej samej nocy w placówkach i w przestrzeni publicznej, a badanie powtarza się co mniej więcej dwa lata. Edycja z 2026 r. była pierwszą, która trwała dłużej niż jedną noc — objęła noc z 3 na 4 marca oraz dni 3–5 marca 2026 r. Naliczono wtedy 31 985 osób, z czego 24 843 (78%) przebywało w placówkach instytucjonalnych, a 7 142 (22%) poza nimi — w pustostanach, altankach i przestrzeni publicznej. Mężczyźni stanowili około 82% populacji, kobiety 16%, dzieci i młodzież 2%. Wobec poprzedniego badania z 2024 r., które wykazało 31 042 osoby, liczba wzrosła o 943 osoby.

Problem w tym, że wynik takiego liczenia mówi więcej o zasięgu badania niż o skali zjawiska. Ogólnopolska Federacja na rzecz Rozwiązywania Problemu Bezdomności od lat wskazuje, że policzona populacja to osoby, które służbom udało się tej nocy odnaleźć i zakwalifikować, a więc absolutnie minimalna, a nie rzeczywista liczba osób w kryzysie. Poza kadrem zostaje bezdomność ukryta: ludzie nocujący kątem u rodziny i znajomych, przemieszczający się, unikający służb albo pozbawieni dokumentów i adresu, którzy do żadnego spisu nie trafiają. Jak duża potrafi być ta różnica, pokazuje przykład francuski przywoływany w tej samej analizie — po zmianie metody liczenia wynik z 2012 r. okazał się o połowę wyższy niż dekadę wcześniej. Migawkowa liczba dla Polski jest więc dolną granicą, a nie pomiarem.

Jak czytać tę liczbę. Badanie MRPiPS to „point-in-time count" — zdjęcie stanu z jednej doby, powtarzane co około dwa lata. Z natury pomija każdego, kto danej nocy nie przebywał w policzonej placówce ani nie został zauważony na ulicy, oraz całą bezdomność ukrytą. Podawane 31 985 osób traktuj jako zaniżony szacunek rzędu wielkości, nie jako dokładny stan. Sama Federacja krytykowała edycję 2024 za zbyt krótki czas realizacji i brak zaplecza naukowego — częściową odpowiedzią jest wydłużenie badania 2026 do trzech dni.

Niepewność zaczyna się już na poziomie ewidencji placówek. Nie istnieje jeden krajowy rejestr miejsc schronienia — prowadzą go osobno wojewodowie, każdy dla swojego województwa, na podstawie art. 48a ust. 11 ustawy z 12 marca 2004 r. o pomocy społecznej. Szesnaście oddzielnych wykazów, aktualizowanych zgłoszeniami gmin, nie składa się automatycznie w jeden obraz z centralną liczbą miejsc i ludzi. Państwo, które chciałoby zakończyć bezdomność, najpierw musiałoby wiedzieć, z jaką skalą i jaką bazą ma do czynienia — a tej wiedzy dziś nie ma zebranej w jednym miejscu.

Placówki: schronienie na wejściu i co dalej

Dostępna baza schronienia dzieli się ustawowo na cztery typy o rosnącym standardzie: ogrzewalnie (miejsce do przeczekania nocy na siedząco), noclegownie (nocleg), schroniska (pobyt całodobowy z pracą socjalną) oraz schroniska z usługami opiekuńczymi. Skalę jednego regionu dobrze widać na Podkarpaciu, gdzie działa 27 placówek dysponujących 814 miejscami stałymi, powiększanymi zimą o dodatkowe 158 miejsc na czas mrozów. Ta zależność liczby miejsc od pogody dobrze oddaje logikę całego systemu: rozbudowuje się go wtedy, gdy grozi zamarznięcie, a nie po to, by kogokolwiek trwale z bezdomności wyprowadzić.

Konstrukcja placówek dodatkowo odsiewa najsłabszych. Ustawa dopuszcza do noclegowni, schronisk i ogrzewalni jedynie osoby zdolne do samoobsługi, więc bezdomni niesamodzielni — starsi, chorzy, z niepełnosprawnością — wypadają z systemu, który teoretycznie ma ich chronić. W praktyce placówki wykluczają też osoby pod wpływem alkoholu, czyli znaczną część tych, którzy pomocy potrzebują najpilniej.

Że doraźna baza schronień nie układa się w skuteczny system, potwierdziła kontrola Najwyższej Izby Kontroli. Sprawdzając działania administracji w latach 2016–2018, NIK stwierdziła, że spośród 34 zbadanych podmiotów tylko jeden w pełni realizował swoje ustawowe zadania, łącznie z prowadzeniem osób ku usamodzielnieniu. W kontrolowanych województwach 95 z 585 gmin nie zabezpieczyło osobom bezdomnym żadnego schronienia. Zdarzało się kierowanie ludzi do placówek oddalonych o setki kilometrów — jeden z ośrodków wysyłał podopiecznych do schroniska odległego o 643 km, co przekreślało jakąkolwiek bieżącą pracę socjalną. Ministerstwo nie monitorowało przy tym, czy wydawane pieniądze przynoszą efekt: bez obowiązku mierzenia skuteczności wsparcia dane o tym, komu i jak pomoc realnie pomogła, po prostu nie powstają. NIK wprost zaleciła wprowadzenie takiego obowiązku — dziś państwo finansuje pomoc, nie wiedząc, czy ta pomoc kogokolwiek z bezdomności wyprowadza.

Co proponuje Razem

W Deklaracji programowej z 2025 r. postulat obejmuje trzy elementy naraz — metodę, gospodarza i bazę:

Wdrożymy programy przeciwdziałania i wychodzenia z bezdomności, oparte o zasadę „najpierw mieszkanie". Powołamy pełnomocnika rządu ds. zakończenia bezdomności. Stworzymy sieć publicznych placówek, gwarantujących natychmiastowe schronienie i kompleksową pomoc.— Deklaracja programowa Partii Razem (2025), rozdz. „Państwo, na które możesz liczyć”, pkt 12, partiarazem.pl

Powołanie pełnomocnika rządu odpowiada wprost na to, co zdiagnozowała NIK. Dziś odpowiedzialność za bezdomność jest rozproszona między gminy, województwa i kilka resortów, które nie współpracują efektywnie, przez co żadna instytucja nie odpowiada za wynik, a jedynie za własny wycinek. Pełnomocnik miałby dać całości jednego gospodarza — od zebrania rzetelnych danych w jednym miejscu, przez koordynację placówek, po rozliczanie programów z realnego wyprowadzania ludzi z kryzysu, a nie tylko z liczby wydanych noclegów.

Sieć publicznych placówek gwarantujących natychmiastowe schronienie i kompleksową pomoc jest w tym układzie odpowiedzią na dziurawą, uzależnioną od pogody bazę doraźną — ma zapewniać wejście do systemu każdemu, kto go potrzebuje, także osobom, które dzisiejsze schroniska odsiewają. Nie chodzi jednak o to, by mnożyć schroniska jako miejsce docelowe. Placówka jest tu pierwszym stopniem, a nie ostatnim: celem pozostaje stałe mieszkanie zgodnie z zasadą „najpierw mieszkanie", w której człowiek dostaje własny lokal, a leczenie, terapię i powrót do pracy prowadzi się już pod tym adresem. Rozpisała to logikę partia w stanowisku o wychodzeniu z bezdomności, gdzie doraźne noclegownie i schroniska mają być docelowo wygaszane, a uwalniane środki przekierowane na mieszkania socjalne i wspomagane dedykowane osobom wychodzącym z kryzysu. Samą metodę „najpierw mieszkanie" — i dowody na jej skuteczność z Finlandii czy Kanady — opisujemy osobno w tekście o modelu Housing First.

Pełnomocnik i sieć placówek pozostaną jednak papierowe, jeśli gminom zabraknie kluczy do wydania. Bez zasobu mieszkań komunalnych, socjalnych i interwencyjnych placówka nie ma dokąd nikogo wyprowadzić, a „najpierw mieszkanie" grzęźnie na braku samego mieszkania. Dlatego drugą stroną tej samej polityki jest odzyskiwanie pustostanów i budowa publicznego zasobu na wynajem, którą opisujemy w siostrzanym serwisie Razem dla tanich mieszkań — bo bez dostępnych lokali cała architektura wychodzenia z bezdomności zostaje bez fundamentu. Miejsce tego wątku w szerszej polityce wsparcia pokazuje hub wsparcie w kryzysie.

Źródła i dalsza lektura